Akt czwarty i ostatni: Druga dorosłość. Tu, pierwszy raz w całym cyklu, kryzys przestaje ciągnąć w dół i zaczyna otwierać.
Pierwsze zdjęcie: niewprawne ręce przy kole garncarskim, glina rozjeżdża się pod palcami. Obok leży instrukcja i telefon z otwartym poradnikiem. Podpis: „Uczę się czegoś od zera". Pierwszy raz od lat coś wychodzi krzywo i to nie boli, bo nikt nie kazał. Zaczyna się od zera, pierwszy raz dobrowolnie.
Drugie zdjęcie: dwie dłonie, jedna starsza, druga młodsza, razem wsadzają sadzonkę do ziemi. Brud pod paznokciami, widoczny i przyjęty bez oporu. Podpis: „Pielęgnuję coś, co mnie przeżyje". Coś, czego dorosłego się nie zobaczy. I właśnie dlatego warto.
Trzecie zdjęcie: wąska ścieżka wśród sosen, postać idzie plecami do nas. Droga skręca i znika za drzewami, nie widać, dokąd prowadzi. Niskie światło świtu, długie cienie, krok spokojny. Podpis: „Trzymamy się tego, co zostało". Nie wiadomo dokąd, ale idzie się dalej.
W lutym kupiłem farby. Tanie, szkolne, za czterdzieści złotych. Pierwszy obraz wyszedł okropnie, drugi też. Trzeci powiesiłem w kuchni nad stołem. Maluję wieczorami, po dziewiątej. Cisza, herbata, pędzel. Pierwszy raz od dawna jestem tylko ze sobą.
[ pauza ]
Czwarty akt nie jest o lęku przed śmiercią, choć on też tu bywa. Jest o tym, co przychodzi po nim. Erikson nazwałby ten moment napięciem między generatywnością a stagnacją: albo troszczymy się o to, co nas przeżyje, albo zaczynamy powoli zanikać. Wethington pokazała przy tym, że samo słowo „kryzys" bywa na wyrost — zmienia się każdy, ale nie każdy przeżywa ten wiek jak katastrofę.
Dlatego cykl nie kończy się na cmentarzu, tylko na drodze w lesie. Ostatnie zdjęcie nie jest obrazem rozwiązania, lecz decyzji: idzie się dalej, nawet jeśli nie widać, dokąd. Erikson powiedziałby, że to nie awaria, tylko zadanie rozwojowe — i to jest właśnie ten moment, w którym zadanie zostaje przyjęte.